Panie dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny (...)
pozwól o Panie
żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia
a nade wszystko żebym był pokorny (...)

ZBIGNIEW HERBERT   
MODLITWA PANA COGITO   
foto_b1foto_b2foto_b3
 

Jan Kamiński, Czas Budzika

Czas Budzika net

Jan Kamiński ma niesamowity dar opowiadania w sposób przaśny (przy czym przaśność jest zaletą, a nie wadą) o sprawach, a w zasadzie sprawie fundamentalnej: jak istniejemy w świecie danym nam przez boga/bogów/los/przypadek? Jesteśmy jednością, całością czy też wielością głosów, wielością potencjalnych istnień, które uwalniane są w zależności od okoliczności? W ilu światach żyjemy równocześnie? Czy okoliczności nas tworzą, wpływają na to, kim jesteśmy czy też my, a raczej drzemiące w nas demony tworzą te okoliczności? Ile dybuków/duchów/potencjalnych istnień nosi każdy z nas w sobie i czym jest istnienie/trwanie, gdy rozpisane jest na wiele głosów? Kim jesteś jeśli jest was wielu? – zdaje się pytać Kamiński. I czy na pewno jesteś, skoro on, ten drugi, także jest, w tym samym miejscu, czasie?

Tożsamość, czas, istnienie czasu, wielość istnień, równoległych światów, dybuków i demonów, które nie każdemu dane jest zobaczyć, przeżyć, ale które potencjalnie istnieją w każdym z nas...

To podstawowa materia, z której Kamiński stworzył jedną wielką metaforę ludzkiego losu...

Kapitalna powieść...

Sprzedaż: (kliknij)

Czytaj fragment

JAN KAMIŃSKI

(ur. 1947), pisarz, eseista. Autor Queridy, Daleko, coraz dalej – cicho, coraz ciszej, Fugi, Metafizyki prowincji,Kubajek i, wydanej nakładem Fundacji Sąsiedzi, Książki meldunkowej, za którą w 2012 roku otrzymał Nagrodę Literacką im. Wiesława Kazaneckiego. Pogranicze wielu kultur kształtowało jego patrzenie na świat. Mówi o sobie, że całe życie choruje na przewlekły romantyzm, z którego – bez powodzenia – próbuje się wyleczyć. Mieszka w Jaryłówce i w Białymstoku.

Fragment "Czasu Budzika" 

Jak byłem w Ejlacie, z Budzikiem pojechaliśmy, to miałem namiar na takiego Żyda z Czarnego, który jeszcze przed wojną wybył do Ameryki. Jak tylko się jakoś urządził, wysłał żonce i dzieciom papiery, żeby przyjeżdżali, ale już było za późno. Najpierw przyszli Niemcy, potem Ruskie, potem znów Niemcy i zaczęło się. Wszystkich Żydów wybili co do nogi. A jak się któryś gdzieś uchował, to dobijali go nasi. Tak że po wojnie w Czarnym nie spotkałeś ani jednego Żyda. Chociaż przed wojną było to żydowskie miasto. No, może nie całkiem żydowskie, ale w połowie na pewno. To się, kurwa, w pale nie mieści, ale taka jest prawda. Babka Marysia, jak ktoś przy niej o Żydach mówił, to płakała. A ja z nią też.
Białystoker się nazywał, ten Żyd. Mądry był. Odzywał się rzadko, ale jak coś powiedział, to, kurna, w mózgu świder ci się włączał i, bywało, cały dzień z tym świdrem chodziłeś, tak cię kręciło. Jak ja bym u niego dłużej pobył, to tutaj profesorem mógłbym zostać i żaden z tutejszych by mi nie podskoczył. No, może tylko docent Pawelczyk.
Chociaż specjalnie bystry nie jestem. Kudy mnie choćby i do Budzika. Ale Budzik to osobny archipelag, jak mówią na mieście. Z Budzikiem każdy wymięka. Nawet docent.
No i ten Żyd oprowadzał nas po Ejlacie, pokazywał zabytki, byliśmy w porcie i na plaży. I w takiej knajpie, w której bywał jakiś Hłasko czy Hłaskower, pisarz, o którym Budzik wiedział prawie wszystko. Mnie tam pisarze nie obchodzą, ale poszedłem. Dla towarzystwa. Bo Białystoker do knajpy nie wszedł, tylko nas podprowadził, a Budzik, taki, kurna, chojrak, sam się cykał. Nawet fajnie było, tylko drogo. To, co tam wydaliśmy, tutaj starczyłoby na tydzień porządnego picia.
Ale wuj z tym. Wieczorami Białystoker sadzał nas w salonie na kanapie, otwierał butelkę wina i kazał opowiadać. O Czarnym, o tym, co zostało sprzed wojny, a co zbudowano po, o Chanajki, o Bojary, o cmentarze żydowskie, czy jeszcze są, o Zabłudów i Tykocin, gdzie przed wojną miał rodzinę, o ratusz, czy taki, jak przed wojną, czy przebudowany, czy Żydzi do Czarnego przyjeżdżają, czy ktoś ocalał z pogromu, czy może go znamy, czy żyje, co robi, do synagogi czy chodzi, czy przestał, czy pomnik jest tam, gdzie było getto, czy ludzie pamiętają?
Głupio mnie było, bo co ja wiem o Żydach w Czarnym? Słyszałem, że byli i wszystko. Do historii też się nie przykładałem, wolałem pograć w piłkę z chłopakami albo iść na ryby. Więc bąkałem coś tam czasami pod nosem, ale najczęściej to tylko kiwałem głową, przytakując Budzikowi, który nadawał jak nakręcony. Jakby encyklopedię czytał. Skąd on, kurna, to wszystko wiedział, pojęcia nie mam. I z dnia na dzień rozzuchwalał się w tym gadaniu. Któregoś wieczoru jakieś brednie zaczął opowiadać o tym, jak się teraz nazywają przedwojenne ulice, że nawet ja skapowałem, że ściemnia. A co dopiero Białystoker. A Budzik oko do mnie robi, że niby wszystko okej. I dalej nadaje, jakby nigdy nic. No i wtedy to się stało. Nagle zacukał się, zagulgotał jak indor, twarz mu stężała, zamilkł na chwilę, a kiedy znowu się odezwał, kieliszek z winem wypadł mi z ręki i potoczył się po podłodze.
Budzik mówił nieswoim głosem. Takim niskim, przytłumionym, jak spod ziemi, z wyraźną nutą charkotu. Białystoker pobladł, ale milczał. Ja zupełnie straciłem głowę. A Budzik gulgotał coraz głośniej, majstrując jednocześnie przy rozporku. Po czym wyjął pytę, położył ją na blacie stolika i powiedział, cały czas charcząc i gulgocząc:
- Przyjrzyj mu się, Żydzie. Dobrze mu się przyjrzyj. Ja też jestem wasz. Mój ojciec, ten co mnie wychował, znalazł przy torach węzełek, który skomlał jak szczenię i zabrał ten węzełek do domu. Po drodze zastanawiał się, czy nie wrzucić go do Narwi, ale przemógł się i nie wrzucił. Było to w drugim roku wojny. I to wszystko, Żydzie. I tyle chciałem ci powiedzieć. Chociaż nie wiem, kurwa, czy to prawda. Czy sam tego wszystkiego nie wymyśliłem.
I właśnie wtedy dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak dybuk. Że jest złym duchem, który wchodzi w człowieka, zmienia mu głos i każe robić różne obrzydlistwa, których by człowiek sam z siebie nie zrobił za żadne skarby świata.
Następnego dnia przyszedł stary Żyd. Był łysy, miał pejsy z bokobrodów, a pod kapeluszem jarmułkę. Przyniósł jakieś pudełka, które przywiązał sobie rzemieniami do ramion i do czoła, nakrył się dużym pasiastym szalikiem i razem z Białystokerem zamknęli się w pokoju, gdzie leżał blady i majaczący Budzik. Mnie ze sobą nie wzięli. Dali mi kilka szekli i kazali iść na spacer. Poszedłem w stronę plaży. Było gorąco, ale wiatr od zatoki łagodził skutki upału. Usiadłem na piasku i zdjąłem koszulę, żeby się trochę opalić, ale nie mogłem usiedzieć w miejscu. Cały czas myślałem o Budziku. A jeśli ci Żydzi coś mu zrobią? Nie powinienem był, kurna, zostawiać go z nimi samego. Ale niby co mieliby mu zrobić? Został przecież w mieszkaniu porządnego człowieka, a nie w bandyckiej melinie. A i kraj cywilizowany, a nie jakaś bananowa republika w afrykańskiej dżungli.
Kiedy wróciłem, Budzik siedział w salonie i pił herbatę. Był blady, wyraźnie zmęczony, ale uśmiechnął się na mój widok, wstał i zrobiliśmy niedźwiedzia.
- Za dwa, trzy dni, Miruś, jedziemy do Nazaretu - powiedział. Był lekko zachrypnięty i głos trochę mu drżał, ale był to jego głos. - Wyobrażasz sobie, chłopie. Do Nazaretu. Kościół Zwiastowania Pańskiego potrzebuje zdolnych polskich rąk, żeby mu dawną urodę przywróciły. Roboty będzie na pół roku. Pan Białystoker właśnie dzwonił i wszystko załatwił.
Wyjechaliśmy po tygodniu. Kiedy Budzik wychodził po papierosy albo na krótki spacer, Białystoker uczył mnie, co należy zrobić, gdyby dybuk do Budzika wrócił. Może nie wrócić, ale raczej wróci, bo nie udało się przeprowadzić tikkun. Tak powiedział: tikkun. Nie wiem, co to znaczy, ale zapamiętałem. Więc będę musiał trzymać rękę na pulsie. No i od chlania powinienem go powstrzymywać. Bo dybuk wódkę lubi. I do pijanych ciągnie go bardziej niż do trzeźwych.

Projekt i wykonanie magicGate.pl